MAJ 20007
RAPORT

dzień pierwszy — podróż. Spanko 3 godziny, pobudka, taxówka, spotkanie z pastorem Trybkiem na Okęciu o 4 rano, kawka i do Amsterdamu. W Amstrze spotkanie z Lundinem, kolejna kawka i lecimy. Piękny widok na Alpy, Włochy, Morze Środziemne, Kretę. Nad Egiptem burze i tak przez cały Sudan. Lądujemy w Ugandzie. Parno. 80% wilgotności, ale pada najwyżej dwa razy dziennie po 2 godziny. Kolacja o 11 wieczorem w domu pastora, wręczamy prezenciki i lulu do wyrek.

dzień drugi — transfer do Hoimy i logowanie się w internacie. Wstajemy o 7. Na śniadanko anansy, popo i sadzone jajka. Jedziemy do centrum. Jestem trzeci raz w Ugandzie, niewiele nowych i zaskakujacych rzeczy. Wymieniamy dolary na miejscowe szilingi. Kupujemy zapas wody i czekoladek, bo mamy spać w jakimś bliżej nieokreślonym internacie na wsi. W momencie wyjazdu z Kampali deszcz - z dróg robią sie rzeki. Przestaje padać po godzinie i wychodzi słońce. Jest 25 stopni, wilgotno, zachmurzenie umiarkowane. Jedziemy na pn –zach., do Hoimy. Świeżo zmodernizowana droga, najlepsza, jaką jechałem w Ugandzie. Po 3 godzinach jesteśmy w mieście. Nasz kierowca wysiada i wraca autobusem do stolicy. Za kółko jeepa siada pastor i jedziemy z godzinkę polną drogą, na pd - zach. Wieś totalna a na polu całkiem ładne budynki, długie altany. To jedna ze szkół należących do kościoła, jest internat, prąd, ale kuchnia na ognisku, latryny "Małyszowate", za łazienkę robią przebieralnie z cegieł z miską i dzbankiem w środku. My do spania dostaliśmy izbę chorych obok gabinetu lekarskiego. To najczystszy obiekt na terenie szkoły, siatki w oknach (ważne), ale lokal siermiężny. Przed kolacją przychodzi żona pastora i każe iść się wykąpać przed jedzeniem! Posłuszny jest tylko pastor Wojtek a my mówimy ze mamy amerykański system i kąpiemy się rano. Kolacja – klasyka: mataty, ryż, wołowina, kurczak, sos orzechowy i herbata. Wieczorem uruchamiamy internet, pożyczyli nam z kościoła laptopa z lokalnym blueconnectem. Niestety w internecie standardy Afrykańskie - wszystko pomalutku. Do Gmaila udaje mi się zalogować po północy, gdy Afryka już śpi. Nie ma mowy by się zalogować na Grono. Już wszyscy śpią. Pobudka o 7. Modlitwa, śniadanko. Konfę zaczynamy o 9 jutro. Jutro jak Bóg pozwoli napiszę więcej o konfie i szkole, gdzie śpimy.

dzień trzeci — start konny. Dzisiaj wystartowały spotkania. Rano mycie w misce i polewanie się kubeczkiem, oczywiście woda zimna, golenie bez lusterka, jedzenie cały czas bardzo ugandyjskie, zero chlebka i innych tzw. normalnych rzeczy, zaczyna to być testem dla nas - dzisiaj niemal trzy identyczne posiłki. Głosi się bardzo dobrze, ludzie głodni i pięknie zasysają. Głosiłem o tym, że pastor jest ograniczeniem, sufitem dla ludzi i kościoła - jesteś cały czas przykładem, nie kontrolujesz tego. Możesz mieć jedynie wpływ przez to, jakim jesteś przykładem. Twoi zborownicy są zawsze jeden krok za tobą w świętości i jeden przed tobą w nieczystości. Chcesz zmienić kościół - zmień siebie. Wojtkowi i Micaelowi też super poszło. Po południu mieliśmy dłuższy czas modlitwy, chyba Bóg do mnie coś mówi, ale jeszcze to sprawdzę, czy to nie Heli. Po południu ruszyliśmy na spacerek, oglądaliśmy katolicki klasztor, pola i najbliższą wioskę, ale zaczęło lać i biegiem wróciliśmy do domu. Padało ze cztery godziny non-stop, temperatura spadla do 20 stopni i nasi murzyni wskoczyli w chustki i czapki i marzną, śmiesznie, bo nam wciąż ciepło. Szkoła, w której jesteśmy ma najwyższy poziom nauczania w dystrykcie, a wicedyrektor dostał medal od prezydenta. To szkoła podstawowa dla 380 dzieci, jakieś 80 z nich są w internacie, głównie to sieroty i półsieroty, teraz ich tu nie ma, bo mają przerwę. Jak lało to siedzieliśmy z Robertem i na zmianę z Wojtkiem i Micaelem pytaliśmy go o Afrykę i jego 200 kościołów. Ma około 15.000 członków i wiele niesamowitych wyzwań związanych z prowadzeniem tylu zborów. Niedawno jeden z pastorów trafił do więzienia za pobicie żony do nieprzytomności , nie chciał pokutować i chce założyć własną służbę ndash; powodzenia. Mam dobrą społeczność z Bogiem i zgodnie z zaleceniem Izy zadaje Bogu dużo pytań. Rano ptaki głośno śpiewają, bo jesteśmy blisko lasu i słońce pięknie wschodzi. Zdjęcia jednak słabo wychodzą, bo jest dość pochmurno.

dzień czwarty — konfa, burze i brak prądu. Wczoraj na dobre zaczęła sie pora deszczowa, zmyło całą kuchnię i dzisiaj wszystkie posiłki są spóźnione. Leje codzinnie po 2 - 3 razy, ale tak mocno jak przy urwaniu chmury, w nocy straszne burze - aż wszyskie łóżka podskakiwały. Konfa idzie świetnie, głoszę cały czas o przywództwie jako modelu, prototypie, wzorze dla kościola. Ale o czym bym nie glosil, to nie mogę ""odkleić się"" od przykładow rodzinnych. Ciągle głoszę o rodzinie pastora jako przykładzie dla kościoła i kraju. Strasznie dobrze to odbierają, mam masę potwierdzeń od ludzi i od Roberta. Oczywiście kupuję ich historyjkami o tym, jakim kiedyś byłem złym mężem, ha ha!!! Tarzają się ze śmiechu i dzięki temu nie zapomną treści poselstwa. Gdy dzisiaj była sesja pytań, to 80 % dotyczyło rodziny, a tylko 20% służby, po części sprowokowałem to moim głoszeniem. Wszystkich pytań było około 50, więc Robert odpowiadał non-stop przez ponad 4 godziny, bez żadnej przerwy. Gdybym ja coś takiego zrobił w Polsce, to chyba by mnie słuchacze ukamienowali, a oni tutaj z godziny na godzinę wydawali się szczęśliwsi. Może w przyszłości trzeba by im zaproponować tylko tematy małżeńskie, lub zrobić specjalną konfę. Wydaje się, że to temat ekstremalnie ważny, jak zresztą na całym świecie. Jutro kończymy. Nie wiem, czy dam radę jeszcze napisać, więc powiem tylko, że jutro głoszę 2 godziny o poznaniu siebie przed Bogiem, swojej własnej wartości. Potem jedziemy na jakąś farmę, z której utrzymywać ma się część programu Sunrise. W sobotę mamy popłynąć statkiem na jedną z wysp na Jeziorze Wiktorii, jest tam szkoła która jest częścią programu Sunrise. W niedzielę głosimy w Kampala i około 22 wsiadam do samolotu, w Polsce mam być w poniedziałek około 11.

dzień piąty — zakończenie konfy i powrót do Kampali. Już jesteśmy Kampali i wreszcie internet zaczął smigać! Konfa była bardzo udana! Zakończyła się naprawdę z przytupem. Na koniec głosiłem o tym jak ważne jest znać swoją wartość przed Bogiem, nasza wartość w Chrystusie, to było naprawdę dobre, mogę stwierdzić z całą pokorą, hi hi. Potem oni zrobili naprawdę wspaniałą akademię dziękczynną, śpiewali dla nas piosenki i ilustrowali je małymi scenkami teatralnymi, które były kopiami tego, co głosiliśmy, płakaliśmy ze śmiechu, bo zrobili to naprawdę świetnie i wybrali najlepsze fragmenty. Potem dostaliśmy prezenty, białe miejscowe szaty, takie odświętne dla mężczyzn - wręczały nam je mężczyzna i kobieta, robili to z wielkim namaszczeniem a kobieta zgodnie z miejscowym zwyczajem klękała przed nami, to zawsze robi na mnie wielkie wrażenie i powoduje zamieszanie w umyśle. Potem jak zwykle wspólne zdjęcie grupowe i na koniec wielka pozytywna zadyma z rozdawaniem rowerów pastorom. Tym razem, gdy przekazałem pastorowi pieniądze na rowery postanowił je kupić i rozdać na zakończenie konfy, było wiele radości, śpiewów, tańców. Oczywiście każdemu z pastorów strzeliliśmy fotkę. Potem pojechaliśmy na wielka farmę, na której produkowane są warzywa na sprzedaż, aby zasilać program pomocy sierotom. To niezwykłe przedsięwzięcie, bo może chociaż w części pomóc uniezależnić kościół od pomocy z zachodu. Ta farma wygląda niezwykle, najpierw wypalany jest busz, potem karczowane jest to, co się nie spaliło, wielkie pieńki i tak zostają, bo nie używa się maszyn, wygląda to jak nie do końca uprzątnięty zrąb leśny, a potem sieje się i sadzi warzywa. Na koniec podróż do Kampali, to było piekło. Bolało nas wszystko: głowy, plecy, kolana, brzuchy i oczywiście siedzenia. Byliśmy czerwoni od pyłu, dojechaliśmy zdechnięci, wszystkich nas jeszcze dziś rano bolą głowy. Poszliśmy spać o 12 i wstaliśmy dziś o 6. Za chwilę płyniemy na jedna z wysp na Jeziorze Wiktorii, tam jest szkoła i duża grupa sierot, otrzymujących pomoc. Ta wycieczka zajmie nam cały dzień. Pozdrawiam i nadal nalegam - módlcie się o mnie.

dzień szósty — wyspa. Dzisiaj popłynęliśmy na wyspę na Jeziorze Wiktorii. Płynęliśmy z Enteebe wielką łodzią, do łodzi wnosili nas tragarze (bo łodzie nie stały przy brzegu). Płynęliśmy około godziny. Na wyspie mieszka 30 tysięcy ludzi. 300 z nich NIE jest analfabetami (1%). Na całej wyspie są trzy samochody, nie ma policji, nie ma złodziei, bardzo uczciwi ludzie, może dlatego, że nie ma gdzie uciec. Nie ma prądu, telewizji, internetu itd. Ludzie w większości hodują ananasy. Dla zainteresowanych: ananasy rosną na polach jak kaktusy a nie, jak my myślimy w Polsce, na drzewach. Wyspa byłaby rajem gdyby nie spustoszenie przez AIDS, masa sierot, itd. Odwiedziliśmy szkołę zbudowaną przez szwedzką akcję charytatywną i sierociniec, odwiedziliśmy też trzy rodziny sponsorowane przez program adopcji na odległość, jak zwykle przerażające przeżycie. Gdy kościół, który tam funkcjonuje będzie dalej się rozwijał to naprawdę może przeobrazić oblicze tej wyspy. Wróciliśmy późno wieczorem do stolicy i jeszcze wyskoczyłem na zakupy. Teraz się pakuję, bo to ostatnia noc w Ugandzie. Atmosfera bardzo dobra i mój nastrój też. Jutro głoszę na głównym nabo, nadal proszę o modlitwę.

dzień siódmy — powrót. Ufff, już jestem w domu. Wreszcie mogę napisać ze swojego kompa z polskimi czcionkami i bez ortografów i literówek. Niedzielę jak zwykle spędziliśmy w kościele. Micael głosił na pierwszym nabo, bez tłumaczenia na lokalny język a ja na "sumie" o 10.30. Głosiłem o braniu odpowiedzialności za swoje życie i za życie innych poprzez wykorzystanie swojego powołania, darów i talentów. Niezwykle dobrze mi się głosiło po angielsku - chyba zaczynam być w tym coraz lepszy. Sala reagował bardzo entuzjastycznie, więc frunęło się... Jedną z najbardziej zachęcających rzeczy było obserwowanie reakcji niewierzącej Szwedki (pracuje dla szwedzkiej organizacji charytatywnej). Była zachwycona i wzruszona, potem powiedziała, że może powinna zacząć chodzić do kościoła i super, że zachęcamy ludzi do aktywnego podejścia do życia. Oczywiście słuchacze wdzięczni i poruszeni. Potem pojechaliśmy z Wojtkiem i pastorem Robertem na obiad w okolice lotniska, wykąpaliśmy się w basenie, a potem odwieźli mnie na lotnisko. Samolot był upakowany, więc nocka z głowy, poważne problemy zaczęły się przed Amsterdamem, dostałem zapalenia ucha i w czasie podchodzenia do lądowania i zmiany ciśnienia w kabinie (około pół godziny) myślałem, że mi głowę rozerwie, mocne przeżycie. Teraz jestem już w domu i jestem bardzo zadowolony z tego wyjazdu, odświeżony w temacie służby i normalnego codziennego życia. Temat Afryki jest bardzo dla mnie ważny, to bardzo zawsze prostuje moje życie i umieszcza je z powrotem na właściwej drodze, to był super czas! Dziękuję za wszelkie wsparcie, modlitwy, maile, smsy, telefony i ofiary finansowe z Waszej strony. Dziękuję Bogu za ten kolejny wyjazd, oby tak dalej :)